Dziś jest wtorek, 22 październik 2019 r.
Energoelektronika.pl na stronach Facebook REKLAMA MAPA SERWISU KONTAKT
Strona główna Załóż konto Artykuły branżowe Katalog firm Seminaria FAQ Kalendarium Słownik Oferta
Wyszukaj
1USD 3.8307 -0.51% 1EUR 4.2775 -0.16% 1GBP 4.9709 +0.08%
Zaloguj się
Login (adres e-mail):
Haslo:
  Rejestracja
  Zapomniałem hasła
Reklama

Reklama

Aktualności
Cykl szkoleń z zakresu programowania sterowników SIMATIC S7-300, S7-1200
więcej
32 edycja targów Energetab 2019 juz za cztery tygodnie
więcej
Przed nami 32. edycja targów ENERGETAB 2019
więcej
Przyszłość sektora motoryzacji w Polsce ? raport Banku Pekao S.A.
więcej

Zobacz archiwum

Kalendarium
23 październik 2019
LUMENexpo Targi Techniki Świetlnej  
więcej
29 październik 2019
73. edycja Seminarium dla Służb Utrzymania Ruchu  
więcej
Newsletter
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o wydarzeniach w branży.
Podaj e-mail do subskrypcji:


Aktualności

Energetycy promują Wiślaną Trasę Rowerową

6 czerwiec 2008.
Energetycy promują Wiślaną Trasę Rowerową

Jadąc "Z prądem Wisły" przebyli na rowerach ponad tysiąc kilometrów. W górach brnęli przez gęstą mgłę. W Krakowie defilowali na rynku. Warszawa przywitała ich zatłoczonymi ulicami i mieszkańcami stolicy spieszącymi do domów po długim weekendzie. Na toruńskiej ulicy obronili kobietę zaatakowaną przez rozwścieczonego amstaffa. A w Gdańsku po raz pierwszy nie wjechali rowerami do morza. Tak wyglądał w skrócie V Wiosenny Rajd Rowerowy energetyków z Kalisza i Ostrołęki.

Tysiąc kilometrów na rowerach!

Zakończył się właśnie V Wiosenny Rajd Rowerowy 'Z prądem Wisły', wyprawa energetyków z Kalisza i Ostrołęki. Czy był wyjątkowy? Tak, nawet bardzo. Nie brakowało ani dobrego nastroju, ani przygód - również tych wspominanych z dreszczem.

Cztery tysiące kilometrów za plecami
Rajdy rowerowe energetyków z Kalisza weszły na stałe do kalendarza amatorskich imprez sportowych. W dotychczasowych pięciu wyprawach przejechali już prawie 4 tysiące kilometrów!
Przed trzema laty rajd odbywał się na trasie Kalisz-Karpacz-Kalisz (550 km). Punktem kulminacyjnym wyprawy był wówczas grupowy wjazd na Śnieżkę (1603 m n.p.m.). Dwa lata temu amatorska drużyna kolarzy przebyła 700 km, jadąc 'Szlakiem Polskich Latarni Morskich' wzdłuż wybrzeża Bałtyku: od Świnoujścia do Krynicy Morskiej. W roku 2006 'Szlakiem ENERGI' pokonali trasę liczącą 900 km, odwiedzając Toruń, Olsztyn, Elbląg, Gdańsk, Słupsk i Koszalin. W minionym roku 'Szlakiem Warmii i Mazur' zmierzyli się z ponad 600-kilometrowym dystansem. Przed kilkoma dniami zakończyli najdłuższą i najtrudniejszą wyprawę: rajd 'Z prądem Wisły' o dystansie przekraczającym tysiąc kilometrów.

Wyjątkowy rajd
Tegoroczny rajd rowerowy pracowników ENERGI wiódł od górskich źródeł Wisły aż do jej ujścia w Gdańsku. Trwał 10 dni, z czego osiem na trasie. Dodajmy: trudnej trasie, zapełnionej to wzmożonym ruchem turystycznym, to nadrabiającymi zaległości TIR-ami.
Połowiczny jubileusz wypraw energetyków wymagał specjalnej oprawy. Przed wyruszeniem w drogę powstał blog rajdowy (www.rajd-rowerowy.blog.onet.pl), przedstawiający historię i zdjęcia ze wszystkich dotychczasowych eskapad oraz relacje z każdego dnia podróży. Udało się też osiągnąć jeden z najważniejszych celów wyprawy, którym było propagowanie projektu budowy Wiślanej Trasy Rowerowej. O przebiegu, trasie oraz idei rajdu poinformowało dotychczas ponad 30 redakcji w niemal 50 artykułach, wpisach i reportażach.

Z respektem dla drogi
- Czeka nas piękna wyprawa i poważne wyzwanie. Po raz pierwszy będziemy jechać tak długo i tak daleko, czujemy więc respekt dla czekającej nas drogi - mówił przed wyjazdem Paweł Czarny, organizator wypraw od 2004 roku.
Jedną z nowości rajdowych był fakt, że ekipa poznała się ze sobą... na kilka godzin przed wyjazdem. Kolarze z obu miast - czyli z Kalisza i Ostrołęki - wszystkie szczegóły wspólnego przedsięwzięcia omawiali telefonicznie. Okazało się jednak, że spędzili ze sobą półtora tygodnia na drodze w taki sposób, jakby znali się latami. Mimo że z początku pokonywać musieli odcinki o długości 150 kilometrów - ani razu nic między nimi nie zgrzytnęło. A każdy, kto spędził trochę czasu na drodze lub szlaku, wie, że nie zawsze tak bywa. Oni tymczasem pracowali zespołowo jak profesjonalny team kolarski i mknęli ostro przed siebie, nie zważając na deszczową pogodę czy późniejszy skwar.

Pierwszy dzień: wyjazd z Wisły do Krakowa
Mgła rodem z horroru
To nie był wymarzony start. Pogoda spłatała figla i zgotowała kolarzom mglisto-dżdżyste powitanie. Droga wciąż wiodła pod górę. Długie kilometry przebijania się przez mleczną zasłonę mgły nużyły, ale i budziły niepokój. W każdej chwili mógł ich najechać rozpędzony samochód, nieuważny kierowca mógł zbyt późno spostrzec, że nie jest sam na jezdni... Skupieni na drodze, na bólu nie rozgrzanych jeszcze mięśni, wyczuleni na najdrobniejszy dźwięk za plecami - parli do przodu nie widząc nic wokół siebie.
Gdy słońce przedarło się wreszcie przez zasłonę mgły, rozpraszając promieniami jej tumany, także i droga okazała się łaskawsza. Nieustanne podjazdy zamieniły się w prowadzące ostro w dół zbocza. Pognali więc z szybkością 50-60 km na godzinę, nadrabiając stracony czas i mszcząc się na nieprzychylnej dotąd aurze. No, może nie wszyscy... Samochód obsługi technicznej utknął bowiem w środku procesji prowadzonej w Boże Ciało pospołu przez księży i policjantów.
Potem było już normalnie, czyli żmudnie, ale wytrwale - do celu, którym był podkrakowski hotelik. Fragment Zakopianki pokonali szybko dzięki pracom prowadzonym przez budowlańców na sporym jej odcinku. Wolnym od samochodów pasem zmierzali w stronę Wawelu.

Drugi dzień: z Krakowa do Połańca
Podróż z przygodami
Ranek był chłodny. Gdy drobna mżawka przyprószyła ramy rowerów, wydawało się, że nie czeka ich nic dobrego. Jednak już na przedmieściach Krakowa przywitało ich słońce. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii przy młodszym bracie wawelskiego smoka - wyruszyli na krakowską starówkę, by przedefilować na rowerach przed kościołem Mariackim, Sukiennicami i wiecznie zadumanym Mickiewiczem. Oddawszy szacunek należny historii jednego z najznamienitszych polskich grodów, swoje stalowe rumaki skierowali w stronę Połańca, uderzając ostrogami i wyrywając galopem do przodu. Na trasę!
Wydawało się, że droga wzdłuż Wisły będzie miłą odmianą po zmaganiach na etapie górskim. Ścieżki rowerowe i gładkie chodniki zdawały się witać kolarzy szeroko rozłożonymi ramionami i wiele obiecującym uśmiechem. Jednak nic bardziej mylnego. - Hałas na ulicach chwilami ogłusza - krzyczał na wylocie z miasta Andrzej Kubiak. Pozornie przyjazne ulice były nabrzmiałe od samochodów brnących w korkach, węże pojazdów ciągnęły się kilometrami z powodu prac budowlanych na drogach.
Nie dość tego. Za Krakowem Bogdan Naskręcki zmuszony został do przerwania rajdu. Opona rozcięta na kilka centymetrów i dętka przebita na wylot - to skutek jazdy niewygodnym poboczem. Poszukiwania nowej opony trwały niemal cały dzień.
Pojawiły się pierwsze kontuzje. Nie brakowało też groźnych sytuacji na drodze. Znowu okazało się, że mieć prawo jazdy - nie znaczy umieć jeździć. Pęd TIR-ów szarpał czasem kierownicą i ciałami kolarzy. Najgorszy okazał się jednak kierowca dostawczej furgonetki. Wyprzedzając na trzeciego, mrugnął w ostatniej chwili światłami i... jechał z naprzeciwka wprost na niewielki peleton energetyków! Chcąc nie chcąc, musieli błyskawicznie zryć oponami piaszczyste pobocze.
' To był nudny i nerwowy etap ' stwierdził na koniec dnia Paweł Czarny. Nudny, bo chociaż wiódł prostą drogą, nie pozwolił nacieszyć oczu krajobrazem i nie ułatwiał pedałowania. Jednolita, ciągnąca się długo zabudowa podmiejska, niewielka ilość wzniesień czy jakichkolwiek urozmaiceń na trasie - skutkowały monotonią jazdy. A ta - jak wiadomo - nie sprzyja zmęczonym cyklistom na ponadstukilometrowym odcinku wyprawy. Koniec etapu przywitali z ulgą.

Trzeci dzień: z Połańca do Sandomierza
O jednego mniej...
W sobotnią noc nie wszyscy mogli spać. Niektórzy wręcz zostali wyrwani ze snu wbrew swej woli. A ekipa uszczupliła się o jednego uczestnika wyprawy. Rajdowy fotoreporter tym razem poległ w walce z chorobą. Po serii badań w pobliskim szpitalu spędził pod kroplówką całą noc i ranek, a wypisany został dopiero po złożeniu solennej obietnicy, że przerwie podróż i wróci do Kalisza. Z Sandomierza ekipa wyjechała już w siedmioosobowym składzie.
Przymusowy powrót do Kalisza fotoreportera zmienił nieco plany energetyków jadących wzdłuż Wisły. Mimo częściowego zorganizowania transportu rajdowego kolegi, ekipa kolarzy musiała na kilka godzin pozbyć się wozu technicznego. A to oznaczało, że do plecaków musieli wziąć zarówno cieplejsze ubrania, jak i więcej wody, którą dotychczas wieźli w samochodzie. I z takim znacznie większym obciążeniem przejechali prawie 150-kilometrowy etap rajdu. - Mimo to etap był bardzo fajny, pogoda nam sprzyjała - powiedział Ryszard Rucki z Ostrołęki.
Ale znowu największy problem był z kilkoma kierowcami. Z kilkoma, bo wiadomo, że tak na drodze, jak i na szlaku w górach ? zawsze można spotkać kogoś o mniejszej kulturze podróżowania czy wypoczynku. Kierowcy dwóch autobusów PKS najwyraźniej pragnęli podkreślić swą dominację na drodze, otrąbili więc kolarzy, minęli niemal zahaczając i bezgłośnie zwyzywali za... jazdę zgodną z przepisami.
- Gdy przejeżdżaliśmy przez most na Wiśle, z naprzeciwka również jechał rowerzysta. Za nim mknęła jakaś osobówka. Gdy okazało się, że jej kierowca nie będzie mógł na moście wyprzedzać, musiał zwolnić. I w tym momencie omal sobie kierownicy ze złości nie obgryzł. Nakrzyczał na nas, naszarpał się w miejscu, w końcu pojechał - relacjonował Ryszard Rucki.
- Dalej jechaliśmy już spokojnie - dodał. - Deszczu nie było, raz po raz przeświecało słońce, więc na zmianę: zdejmowaliśmy cieplejsze kurtki i zakładaliśmy je ponownie. Dopiero przed samym Kazimierzem Dolnym zrobiło się chłodno, trochę nieprzyjemnie. Tak zajechaliśmy do miasta - wspomina energetyk z Ostrołęki.

Czwarty dzień: z Kazimierza Dolnego do Warszawy
Pod wiatr
- Dziś na drodze mżawka. Raz cieplej, raz chłodniej, ale solidniejszy deszcz nie pada. Jest niedziela, jedziemy lokalną drogą, więc nie musimy się zmagać z dużym ruchem, nie mijają nas pędzące TIR-y i autobusy ? relacjonował o poranku Ryszard Rucki z Ostrołęki. Ale już wkrótce kolarze przekonali się, że nie zmęczenie, lecz właśnie pogoda będzie tego dnia ich najtrudniejszym przeciwnikiem.
To był drugi 150-kilometrowy odcinek rajdu. Kontuzje doskwierały, szczególnie ból w kolanach, na które skarżyło się wielu kolarzy. Kierowcy kręgosłup też dawał się we znaki - w końcu od czterech dni prawie nie wysiadał zza kółka.
- W drogę wybraliśmy się zgodnie z czasem. Zrobiliśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcie przy studni w Kazimierzu i wyjechaliśmy - mówił Paweł Czarny. Ale dobry nastrój prysł, gdy kolarzy dopadł deszcz, który trzymał się ich aż do Puław.
Za Puławami zrobiło się cieplej, jednak już ok. 30 kilometrów dalej podmuchiwać zaczął zimny wiatr. Z czasem stawał się coraz silniejszy. I choć droga była płaska, za przyczyną wiatru pokonywali ją z coraz większym wysiłkiem. Zmoczonym deszczem, wystawionym na silne i mroźne podmuchy wiatru, kolarzom z Kalisza i Ostrołęki chwilami trudno było utrzymać kierownice. A przyszedł moment, gdy trzeba je było trzymać naprawdę mocno.
- Zaczęły się popołudniowe powroty mieszkańców Warszawy z długiego weekendu i poranny spokój na drodze zamienił się w naprawdę ciężką jazdę - stwierdził wieczorem Paweł Czarny. - Musieliśmy być bardzo skupieni na tym, co robimy, kierownice mocno trzeba było trzymać w garści, żeby się wyłożyć. Samochody gnały jeden za drugim, każdemu bardzo się spieszyło, więc przypadkowa wywrotka na drodze mogłaby się skończyć tragicznie. To były dwie godziny wyjątkowej harówki - dodał.
Zimny wiatr najbardziej dokuczliwy był na otwartej przestrzeni. - Odcinek był dosyć trudny ze względu na warunki pogodowe. Właściwie cała droga pod wiatr. Później na jezdni pojawiły się płyty betonowe zamiast asfaltu. Jechało się po nich fatalnie. Dopiero ostatnie trzy godziny nie padało, trochę się nawet ociepliło - opowiadał na koniec dnia Bogdan Naskręcki z Kalisza.

Piąty dzień: z Warszawy do Płocka
Zgrana ekipa
Obudzili się rano w bardzo dobrych nastrojach - wreszcie świeciło słońce! Było ciepło, przyjemnie, więc wyjechali nieco wcześniej na trasę. Przez Warszawę przedzierali się jednak z trudem. Dopiero gdy udało im się dotrzeć do ścieżek rowerowych - błyskawicznie pokonali nimi całą szerokość miasta. Większa część trasy wiodła tym razem bezpośrednio nad Wisłą.
Około południa mieli już za sobą kilkadziesiąt kilometrów na wylotówce z Warszawy. Ruch panował tam bardzo duży. Musieli być bardzo skupieni na ostrożnej jeździe. Utrzymywali jednak równe tempo - 25 km na godzinę.
- Jechało się swobodnie, lekko, bo dobrze się już rozjeździliśmy. Pogoda też nam sprzyjała - wspomina Leszek Zagroba z Ostrołęki. - Byłem pod ogromnym wrażeniem atmosfery panującej między chłopakami. Dotychczas zawsze jeździłem w pojedynkę - wspomina ostrołęcki cyklista, który na rowerze przemierzył już m.in. Grecję i Włochy. - Tym razem po raz pierwszy uczestniczyłem w drużynowym rajdzie z prawdziwego zdarzenia. Czułem, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być i robię to, co właśnie powinienem robić - dodaje z zapałem.
- Do Płocka zmierzaliśmy bocznymi drogami, kręciło się spokojnie, niemal relaksacyjnie, choć w miarę szybko - dopowiedział Paweł Czarny. Tym razem prawie całą trasę pokonali w słońcu! Spragnieni jego blasku - po kilkudniowej jeździe pod zachmurzonym niebem rozebrali się do koszulek z krótkim rękawem. Niektórzy zapomnieli jednak o stosownej ochronie przed słońcem. No i spalili się na czerwono.

Szósty dzień: z Płocka do Torunia
Salto mortale
Etap z Płocka do Torunia mignął niespodziewanie szybko. Po miłym spotkaniu z płockimi energetykami wyjechali na trasę. - Przed wyjazdem spotkaliśmy się z koleżankami i kolegami z ENERGI w Płocku - mówił Paweł Czarny. - Wspaniale nam się rozmawiało, więc trochę niechętnie wyjeżdżaliśmy dalej - przyznał z uśmiechem.
Dalej jechali ostro. Depnęli na pedał i gnali ze średnią prędkością 28 km na godzinę. We Włocławku miała jednak miejsce przygoda - Sławek, kolega z Ostrołęki, przewrócił się na torach. Ale zachował się profesjonalnie, nic nie stało się ani jemu, ani rowerowi - jak kot wypiął się z zatrzasków, wywinął kozła... i już stał na nogach!
- Jechaliśmy szybko, jeden za drugim - wspomina Sławomir Rzosiński z Ostrołęki. - Gnaliśmy po bruku, wszędzie była kostka, na dodatek pojawiły się szyny. I właśnie w tym momencie kierowca jadącego przed nami samochodu zmusił nas do hamowania. Kółko uciekło mi w bok, zostało tylko rączki wyciągnąć przed siebie, fiknąć i mieć na dzieję, że za mną nic nie jedzie - dodaje.
Później przebijali się przez Włocławek. Na drodze panował duży ruch, ale że jechali bokami - większych problemów nie było. - Z Włocławka dobrze się jechało, fragment drogi pokonaliśmy ścieżka rowerową, która może nie była w najlepszym stanie, ale na pewno stanowiła duże ułatwienie dla cyklistów - mówił Paweł. Pod koniec etapu zaczął wiać chłodny, przeszywający wiatr. Ale gdy wjechali do Torunia, było już spokojnie.

Siódmy dzień: z Torunia do Gniewu
Amstaff
- Być w Toruniu i nie widzieć starówki to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć Papieża - mówił Paweł Czarny przed wyjazdem z bazy noclegowej do centrum miasta. Zanim jednak kolarze zatrzęśli się na toruńskim bruku, musieli biec z pomocą kobiecie zaatakowanej przez rozwścieczonego psa.
Ostrołęccy i kaliscy cykliści zamierzali przed opuszczeniem miasta wykonać pamiątkowe zdjęcia oraz kupić pierniki, którymi obładowany został wóz techniczny. Wyruszyli więc w drogę, nie przewidując, co ich na niej spotka. Jadąc toruńską ulicą, energetycy usłyszeli nagle zajadłe szczekanie dużego psa i krzyk. Na kobietę i jej czworonożnego pupila rzucił się amstaff prowadzony bez smyczy i kagańca przez chłopaka z pobliskiego osiedla. Rozwścieczone zwierzę skoczyło na starszą panią, która pod jego ciężarem przewróciła się, uderzając głową o stojącą obok ciężarówkę.
- Usłyszeliśmy krzyk, zobaczyliśmy, co się dzieje i natychmiast rzuciliśmy się wszyscy z pomocą, żeby odstraszać tego jazgoczącego potwora! - mówili rozemocjonowani kolarze z Kalisza i Ostrołęki. W końcu właściciel złapał psa i zaczął z nim uciekać. Kilku uczestników rajdu ruszyło za nim, telefonując na alarmowe numery 112 i 997. Jednak ani jednego, ani drugiego nikt nie odbierał, kiedy więc chłopak wbiegł z psem w osiedlowe krzaki - postanowili przerwać pościg. W końcu w każdej chwili mogli zostać poszczuci agresywną bestią. Pozostała część ekipy pomogła kobiecie wstać, a gdy nie zgodziła się na wezwanie karetki pogotowia - po chwili pojechali dalej.
Po drodze nastąpiła niespotykana zamiana - na rower wsiadł Krzysztof Kasprzak, który dotąd prowadził samochód. - Kilka dni za kierownicą wymęczyło mnie, byłem obolały. Dogadaliśmy się więc z Bogusiem Naskręckim, żeby to on dzisiaj prowadził samochód, a ja się trochę rozruszam - powiedział później.
- Jazda była ciekawa, wiał wiatr, ale jechało się bardzo dobrze, szczególnie końcówka etapu wydawała się wyjątkowo lekka i łatwa do przebycia - mówił Andrzej Kubiak z Kalisza. - Wszyscy byliśmy już tak rozkręceni, że swobodnie moglibyśmy jechać dużo dalej. Nieuchronnie jednak zbliżał się koniec rajdu, stąd pewnie brało się towarzyszące nam uczucie, że chcielibyśmy jeszcze się nacieszyć drogą, posmakować pędu powietrza - Może za kilka dni przyszłoby dopiero większe zmęczenie i nasycilibyśmy się wyprawą - dodał.
Wieczorem dotarli na nocleg w Gniewie, z którego kolejnego dnia rano wyruszyć mieli do Gdańska. To miał być już finisz....

Ósmy dzień: z Gniewu do Gdańska
Finisz!
I był. Na ostatni etap rajdu wyjechali o godzinę wcześniej. Droga była spokojna, pogoda idealna, choć z początku trochę zawiewało chłodem. Na trasie dostali wiatr w plecy i migiem pokonali cały etap. 20 kilometrów przed Gdańskiem stuknął im tysięczny kilometr!
Czasu starczyło na przystanki w Kwidzynie, Sztumie i Malborku. W tym ostatnim Sławek zamkową wieżyczkę ochrzcił mianem 'krzyżackiej trafostacji'. Ot, energetyczne skojarzenia.
Na drodze obyło się bez specjalnych przygód - poza jednym incydentem. Jadąc szybko na trasie Warszawa-Gdańsk, dwaj kolarze zbyt gwałtownie przyhamowali przed dziurą w jezdni, przez co koła ich rowerów sczepiły się ze sobą. Jednemu udało się uniknąć upadku, drugi jednak boleśnie stłukł się na asfalcie. Doświadczenie na drodze wyrabia jednak pożyteczne instynkty - po upadku cyklista błyskawicznie przeturlał się na pobocze, by uniknąć ewentualnego potrącenia przez samochód. Dopiero potem jęknął z bólu. Kierowca jadącej kawałek dalej półciężarówki też zareagował profesjonalnie, przyhamował i wyminął kolarzy, nie niszcząc leżącego na drodze roweru.
Do centrum Gdańska zajechali już o godz. 14. Tradycyjnie (już po raz czwarty!) wykonali pamiątkowe zdjęcia pod pomnikiem Neptuna, przemaszerowali traktem spacerowym i udali się na ul. Marynarki Polskiej, do gdańskiej centrali swojej firmy.
Tam spotkali się z Mirosławem Bielińskim, prezesem zarządu ENERGA SA, oraz z wiceprezesem Romanem Szyszko. Po niemal godzinnej, przyjacielskiej rozmowie pożegnali się z szefami i kolegami z centrali, by wyruszyć na nocleg. Tym razem nie wjechali rowerami do morza. Ale nic straconego - już za rok mogą nadrobić zaległości!

Tak zakończył się V Wiosenny Rajd Rowerowy 'Z prądem Wisły', kolejna niecodzienna wyprawa kaliskich i ostrołęckich energetyków. Co będzie dalej? Tego pewnie dowiemy się wkrótce - bo zarys kolejnej trasy już klaruje się w rozmowach i mailach krążących między Kaliszem a Ostrołęką.



Źródło: ENERGA
O nas  ::  Regulamin  ::  Polityka prywatności (Cookies)  ::  Reklama  ::  Mapa stron  ::  FAQ  ::  Kontakt
Ciekawe linki: www.klimatyzacja.pl  |  www.strony.energoelektronika.pl  |  promienniki podczerwieni
Copyright © Energoelektronika.pl